Jan Kochanowski

Treny

Tales sunt hominum mentes, quali pater ipse Juppiter auctiferas lustravit lumine terras.

ORSZULI KOCHANOWSKIEJ, WDZIĘCZNEJ, UCIESZNEJ, NIEPOSPOLITEJ DZIECINIE, KTÓRA, CNÓT WSZYSTKICH I DZIELNOŚCI PANIEŃSKIEJ POCZĄTKI WIELKIE POKAZAWSZY, NAGLE, NIEODPOWIEDNIE, W NIEDOSZŁYM WIEKU SWOIM, Z WIELKIM A NIEZNOŚNYM RODZICÓW SWYCH ŻALEM ZGASŁA — JAN KOCHANOWSKI, NIEFORTUNNY OCIEC, SWOJEJ NAMILSZEJ DZIEWCE Z ŁZAMI NAPISAŁ. NIE MASZ CIĘ, ORSZULO MOJA!

Tren I

Wszytki płacze, wszytki łzy Heraklitowe I lamenty, i skargi Symonidowe, Wszytki troski na świecie, wszytki wzdychania I żale, i frasunki, i rąk łamania, Wszytki a wszytki za raz w dom się mój noście, A mnie płakać mej wdzięcznej dziewki pomożcie, Z którą mię niepobożna śmierć rozdzieliła I wszytkich moich pociech nagle zbawiła. Tak więc smok, upatrzywszy gniazdko kryjome, Słowiczki liche zbiera, a swe łakome Gardło pasie; tymczasem matka szczebiece Uboga, a na zbójcę coraz się miece, Prózno ! bo i na sarnę okrutnik zmierza, A ta nieboga ledwe umyka pierza. „Prózno płakać” — podobno drudzy rzeczecie. Cóż, prze Bóg żywy, nie jest prózno na świecie? Wszytko prózno! Macamy, gdzie miękcej w rzeczy, A ono wszędy ciśnie! Błąd — wiek człowieczy! Nie wiem, co lżej : czy w smutku jawnie żałować, Czyli się z przyrodzeniem gwałtem mocować?

Tren II

Jeslim kiedy nad dziećmi piórko miał zabawić, A kwoli temu wieku lekkie rymy stawić, Bodajżebych był raczej kolebkę kołysał I z drugimi nieważne mamkom pieśni pisał, Którymi by dziecinki noworodne spiły I swoich wychowańców lamenty tóliły! Takie fraszki mnie zbierać pożyteczniej było Niżli, w co mię nieszczęście moje dziś wprawiło, Płakać nad głuchym grobem mej wdzięcznej dziewczyny I skarżyć się na srogość ciężkiej Prozerpiny. Alem użyć w obojgu jednakiej wolności Nie mógł: owom ominął, jako w dordzałości Dowcipu coś ranego; na to mię przygoda Gwałtem wbiła i moja nienagrodna szkoda. Ani mi teraz łacno dowiadać się o tym, Jaka mię z płaczu mego czeka cześć na poty m. Nie chciałem żywym śpiewać, dziś umarłym muszę. A cudzej śmierci płacząc, sam swe kości suszę. Prózno to! Jakie szczęście ludzi naszladuje, Tak w nas albo dobrą myśl, albo złą sprawuje. O prawo krzywdy pełne! O znikomych cieni Sroga, nieubłagana, nieużyta ksieni ! Tak li moja Orszula, jeszcze żyć na świecie Nie umiawszy, musiała w ranym umrzeć lecie? I nie napatrzawszy się jasności słonecznej Poszła, nieboga, widzieć krajów nocy wiecznej ! A bodaj ani była świata oglądała! Co bowiem więcej, jeno ród a śmierć poznała? A miasto pociech, które winna z czasem była Rodzicom swym, w ciężkim je smutku zostawiła.

Tren III

Wzgardziłaś mną, dziedziczko moja ucieszona! Zdałać się ojca twego barziej uszczuplona Ojczyzna, niżlibyś ty przestać na niej miała. To prawda, żeby była nigdy nie zrównała Z ranym rozumem twoim, z pięknymi przymioty, Z których się już znaczyły twoje przyszłe cnoty. O słowa! o zabawo! o wdzięczne ukłony! Jakożem ja dziś po was wielce zasmucony! A ty, pociecho moja, już mi się nie wrócisz Na wieki ani mojej tesknice okrócisz! Nie lza, nie lza, jedno się za tobą gotować A stopeczkami twymi ciebie naszladować. Tam cię ujźrzę, da Pan Bóg, a ty więc drogimi Rzuć się ojcu do szyje ręczynkami swymi!

Tren IV

Zgwałciłaś, niepobożna Śmierci, oczy moje, Żem widział umierając miłe dziecię swoje! Widziałem, kiedyś trzęsła owoc niedordzały, A rodzicom nieszczęsnym serca się krajały. Nigdyć by ona była bez wielkiej źałości Mojej umrzeć nie mogła, nigdy bez ciężkości I serdecznego bolu, w którymkolwiek lecie Mnie by smutnego była odbiegła na świecie; Alem ja już z jej śmierci nigdy żałościwszy, Nigdy smutniejszy nie mógł być ani teskliwszy. A ona, by był Bóg chciał, dłuższym wiekiem swoim Siła pociech przymnożyć mogła oczom moim. A przynamniej tymczasem mogłem był odprawić Wiek swój i Persefonie ostatniej się stawić, Nie uczuwszy na sercu tak wielkiej żałości, Której równia nie widzę w tej tu śmiertelności. Nie dziwuję Niobie, że na martwe ciała Swoich namilszych dziatek patrząc skamieniała.

Tren V

Jako oliwka mała pod wysokim sadem Idzie z ziemie ku górze macierzyńskim śladem, Jeszcze ani gałązek, ani listków rodząc, Sama tylko dopiro szczupłym prątkiem wschodząc: Tę jesli, ostre ciernie lub rodne pokrzywy Uprzątając, sadownik podciął ukwapliwy, Mdleje zaraz, a zbywszy siły przyrodzonej, Upada przed nogami matki ulubionej — Takci się mej namilszej Orszuli dostało. Przed oczyma rodziców swoich rostąc, mało Od ziemie się co wznióswszy, duchem zaraźliwym Srogiej Śmierci otchniona, rodzicom troskliwym U nóg martwa upadła. O zła Persefono, Mogłażeś tak wielu łzam dać upłynąć płono?

Tren VI

Ucieszna moja śpiewaczko! Safo słowieńska! Na którą nie tylko moja cząstka ziemieńska, Ale i lutnia dziedzicznym prawem spaść miała! Tęś nadzieję już po sobie okazowała, Nowe piosnki sobie tworząc, nie zamykając Ustek nigdy, ale cały dzień prześpiewając, Jako więc lichy słowiczek w krzaku zielonym Całą noc prześpiewa gardłkiem swym ucieszonym. Prędkoś mi nazbyt umilkła! Nagle cię sroga Śmierć spłoszyła, moja wdzięczna szczebiotko droga! Nie nasyciłaś mych uszu swymi piosnkami, I tę trochę teraz płacę sowicie łzami. A tyś ani umierając śpiewać przestała, Lecz matkę, ucałowawszy, takeś żegnała „Już ja tobie, moja matko, służyć nie będę Ani za twym wdzięcznym stołem miejsca zasiędę; Przyjdzie mi klucze położyć, samej precz jechać, Domu rodziców swych miłych wiecznie zaniechać.” To i czego żal ojcowski nie da serdeczny Przypominać więcej, był jej głos ostateczny. A matce, słysząc żegnanie tak żałościwe, Dobre serce, że od żalu zostało żywe.

Tren VII

Nieszczęsne ochędóstwo, żałosne ubiory Mojej namilszej cory! Po co me smutne oczy za sobą ciągniecie, Żalu mi przydajecie? Już ona członeczków swych wami nie odzieje — Nie masz, nie masz nadzieje! Ujął ją sen żelazny, twardy, nieprzespany... Już letniczek pisany I uploteczki wniwecz, i paski złocone, Matczyne dary płone. Nie do takiej łożnice, moja dziewko droga, Miała cię mać uboga Doprowadzić! Nie takąć dać obiecowala Wyprawę, jakąć dała Giezłeczkoć tylko dała a lichą tkaneczkę; Ojciec ziemie brełeczkę W główki włożył. — Niestetyż, i posag, i ona W jednej skrzynce zamkniona!

Tren VIII

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim! Pełno nas, a jakoby nikogo nie było: Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło. Tyś za wszytki mówiła, za wszytki śpiewała, Wszytkiś w domu kąciki zawżdy pobiegała. Nie dopuściłaś nigdy matce się frasować Ani ojcu myśleniem zbytnim głowy psować, To tego, to owego wdzięcznie obłapiając I onym swym uciesznym śmiechem zabawiając. Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu, Nie masz zabawki, nie masz rozśmiać się nikomu. Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje, A serce swej pociechy darmo upatruje.

Tren IX

Kupić by cię, Mądrości, za drogie pieniądze! Która, jesli prawdziwie mienią, wszytki żądze, Wszytki ludzkie frasunki umiesz wykorzenić, A człowieka tylko nie w anioła odmienić, Który nie wie, co boleść, frasunku nie czuje, Złym przygodom nie podległ, strachom nie hołduje. Ty wszytki rzeczy ludzkie masz za fraszkę sobie, Jednaką myśl tak w szczęściu, jako i w żałobie Zawżdy niesiesz. Ty śmierci namniej się nie boisz, Bezpieczna, nieodmienna, niepożyta stoisz. Ty bogactwa nie złotem, nie skarby wielkimi, Ale dosytem mierzysz i przyrodzonymi Potrzebami. Ty okiem swym nieuchronionym Nędznika upatrujesz pod dachem złoconym, A uboższym nie zajźrzysz szczęśliwego mienia, Kto by jedno chciał słuchać twego upomnienia. Nieszczęśliwy ja człowiek, którym lata swoje Na tym strawił, żebych był ujźrzał progi twoje! Terazem nagle z stopniów ostatnich zrzucony I między insze, jeden z wiela, policzony.

Tren X

Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała? W którą stronę, w którąś się krainę udała? Czyś ty nad wszytki nieba wysoko wniesiona I tam w liczbę aniołków małych policzona? Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szczęśliwe Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez teskliwe Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu mojem? Czy, człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze, Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze? Czyli się w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała Jakakolwiek zmazeczka na tobie została? Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była, Niżeś się na mą ciężką żałość urodziła? Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości, A nie możesz li w onej dawnej swej całości, Pociesz mię, jako możesz, a staw' się przede mną Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną!

Tren XI

Fraszka cnota ! — powiedział Brutus porażony... Fraszka, kto się przypatrzy, fraszka z każdej strony! Kogo kiedy pobożność jego ratowała? Kogo dobroć przypadku złego uchowała? Nieznajomy wróg jakiś miesza ludzkie rzeczy Nie mając ani dobrych, ani złych na pieczy. Kędy jego duch wienie, żaden nie ulęże; Praw-li, krzyw-li, bez braku każdego dosięże. A my rozumy swoje przedsię udać chcemy: Hardzi miedzy prostaki, że nic nie umiemy, Wspinamy się do nieba, boże tajemnice Upatrując; ale wzrok śmiertelnej źrzenice Tępy na to! Sny lekkie, sny płoche nas bawią, Które się nam podobno nigdy nie wyjawią... Żałości! co mi czynisz? Owa już oboje Mam stracić: i pociechę, i baczenie swoje?

Tren XII

Żaden ojciec podobno barziej nie miłował Dziecięcia, żaden barziej nad mię nie żałował. A też ledwe się kiedy dziecię urodziło. Co by łaski rodziców swych tak godne było. Ochędożne, posłuszne, karne, niepieszczone, Śpiewać, mówić, rymować jako co uczone; Każdego ukłon trafić; wyrazić postawę, Obyczaje panieńskie umieć i zabawę; Roztropne, obyczajne, ludzkie, nierzewniwe, Dobrowolne, układne, skromne i wstydliwe. Nigdy ona po ranu karmie nie wspomniała, Aż pierwej Bogu swoje moditwy oddała. Nie poszła spać, aż pierwej matkę pozdrowiła I zdrowie rodziców swych Bogu poruczyła. Zawżdy przeciwko ojcu wszytki przebyć progi, Zawżdy się uradować i przywitać z drogi, Każdej roboty pomóc, do każdej posługi Uprzedzić było wszytki rodziców swych sługi. A to w tak małym wieku sobie poczynała, Że więcej nad trzydzieści miesięcy nie miała. Tak wiele cnót jej młodość i takich dzielności Nie mogła znieść; upadła od swejże bujności, Żniwa nie doczekawszy! Kłosie mój jedyny, Jeszcześ mi się był nie zstał, a ja, twej godziny Nie czekając; znowu cię w smutną ziemię sieję! Ale pospołu z tobą grzebę i nadzieję: Bo już nigdy nie wznidziesz ani przed mojema Wiekom wiecznie zakwitniesz smutnymi oczema.

Tren XIII

Moja wdzięczna Orszulo, bodaj ty mnie była Albo nie umierała lub się nie rodziła! Małe pociechy płacę wielkim żalem swoim Za tym nieodpowiednym pożegnaniem twoim. Omyliłaś mię jako nocny sen znikomy, Który wielkością złota cieszy smysł łakomy, Potym nagle uciecze, a temu na jawi Z onych skarbów jeno chęć a żądzą zostawi. Takeś ty mnie, Orszulo droga, uczyniła Wielkieś nadzieje w moim sercu roznieciła, Potymeś mię, smutnego, nagle odbieżała I wszytki moje z sobą pociechy zabrała. Wzięłaś mi, zgoła mówiąc, dusze połowicę; Ostatek przy mnie został na wieczną tesknicę. Tu mi kamień, murarze, ciosany połóżcie, A na nim tę nieszczęsną pamiątkę wydróżcie: „Orszula Kochanowska tu leży, kochanie Ojcowe albo raczej płacz i narzekanie. Opakeś to, niebaczna śmierci, udziałała Nie jać onej, ale mnie ona płakać miała.”

Tren XIV

Gdzie te wrota nieszczęsne, którymi przed laty Puszczał się w ziemię Orfeus szukając swej straty? Żebych ja też tąż ścieżką swej namilszej córy Poszedł szukać i on bród mógł przebyć, przez który Srogi jakiś przewoźnik wozi blade cienie I w lasy niewesołe cyprysowe żenie. A ty mię nie zostawaj, wdzięczna lutni moja, Ale ze mną pospołu pódź aż do pokoja Surowego Plutona! Owa go to łzami, To tymi żałosnymi zmiękczywa pieśniami, Że mi moję namilszą dziewkę jeszcze wróci, A ten nieuśmierzony we mnie żal ukróci. Zginąć ci mu nie może, tuć się wszytkim zostać, Niech się tylko niedoszłej jagodzie da dostać. Gdzie by też tak kamienne ten bóg serce nosił, Żeby tam smutny człowiek już nic nie uprosił! Cóż temu rzec? Więc tamże już za jedną drogą Zostać, a z duszą za raz zewlec troskę srogą.

Tren XV

Erato złotowłosa i ty, wdzięczna lutni, Skąd pociechę w swych troskach biorą ludzie smutni! Uspokójcie na chwilę strapioną myśl uroję, Póki jeszcze kamienny w polu słup nie stoję, Lejąc ledwie nie krwawy płacz przez marmór żywy, Żalu ciężkiego pamięć i znak nieszczęśliwy. Mylę się? czyli, patrząc na ludzkie przygody, Skromniej człowiek uważa i swe własne szkody? Nieszczesna matko (jesli przyczytać możemy , Nieszczęściu, co prze głupi swój rozum cierpiemy), Gdzie teraz twych siedm' synów i dziewek tak wiele? Gdzie pociecha? gdzie radość i twoje wesele? Widzę czternaście mogił, a ty, nieszczęśliwa I podobno tak długo nad wolą swą żywa, Obłapiasz zimne groby, w których — ach, niebogo — Składłaś dziateczki swoje zagubione srogo! Takie więc kwiaty leżą kosą podsieczone Albo deszczem gwałtownym na ziemię złożone. W którą nadzieję żywiesz? Czego czekasz więcej? Czemu śmiercią żałości nie zbywasz co pręcej? A wasze prędkie strzały albo łuk co czyni Niepochybny, o Febe i mściwa bogini? Albo z gniewu, bo winna, albo więc z litości Dokonajcie, prze Boga, jej biednej starości! Nowa pomsta, nowa kaźń hardą myśl potkała Dziatek płacząc Niobe sama skamieniała I stoi na Sypilu marmor nieprzetrwany, Jednak i pod kamieniem żywią skryte rany. Jej bowiem łzy serdeczne skałę przenikają I przeźroczystym z góry strumieniem spadają, Skąd źwierz i ptastwo pije; a ta w wiecznym pęcie Tkwi w rogu skały wiatrom szalonym na wstręcie. Ten grób nie jest na martwym, ten martwy nie w grobie Ale samże jest martwym, samże grobem sobie.

Tren XVI

Nieszczęściu kwoli a swojej żałości, Która mię pravaie przejmuje do kości, Lutnią i wdzięczny rym porzucić muszę. Ledwe nie duszę.

Żyw-em? Czy mię sen obłudny frasuje? Który kościanym oknem wylatuje, A ludzkie myśli tym i owym bawi, Co błąd na jawi.

O błędzie ludzki! O szalone dumy! Jako to łacno pisać się z rozumy, Kiedy po woli świat mamy, a głowa Człowieku zdrowa.

W dostatku będąc, ubóstwo chwalemy, W rozkoszy — żałość lekce szacujemy, A póki wełny skąpej prządce zstaje, Śmierć nam za jaje.

Lecz kiedy nędza albo żal przypadnie, Ali żyć nie tak, jako mówić, snadnie, A śmierć dopiero wtenczas nam należy, Gdy już k'nam bieży.

Przecz z płaczem idziesz, Arpinie wymowny, Z miłej ojczyzny? Wszak nie Rzym budowny, Ale świat wszytek miastem jest mądremu Widzeniu twemu.

Czemu tak barzo córki swej żałujesz? Wszak się ty tylko sromoty wiarujesz; Insze wszelakie u ciebie przygody Ledwe nie gody!

Śmierć — mówisz — straszna tylko niezbożnemu. Przeczże się tobie umrzeć, cnotliwemu, Nie chciało, kiedyś prze dotkliwą mowę Miał podać głowę?

Wywiodłeś wszytkim, nie wywiodłeś sobie; Łacniej rzec, widzę, niż czynić i tobie, Pióro anielskie, duszę toż w przygodzie, Co i mnie bodzie.

Czlowiek nie kamień, a jako się stawi Fortuna, takich myśli nas nabawi. Przeklęte szczęście! Czyż snać gorzej duszy, Kto rany ruszy?

Czasie, pożądnej ojcze niepamięci! W co ani rozum, ani trafią święci, Zgój smutne serce, a ten żal surowy Wybij mi z głowy!

Tren XVII

Pańska ręka mię dotknęła, Wszytkę mi radość odjęta: Ledwe w sobie czuję duszę I tę podobno dać muszę.

Lubo wstając gore jaśnie, Lubo padnąc slońce gaśnie, Mnie jednako serce boli, A nigdy się nie utoli.

Oczu nigdy nie osuszę — I tak wiecznie płakać muszę! Muszę płakać! — O mój Boże, Kto się przed Tobą skryć może?

Prózno morzem nie pływamy, Prózno w bitwach nie bywamy: Ugodzi nieszczęście wszędzie, Choć podobieństwa nie będzie.

Wiodłem swój żywot tak skromnie, Że ledwe kto wiedział o mnie, A zazdrość i złe przygody Nie miały miały mi w co dać szkody.

Lecz Pan, który gdzie tknąć, widzi, A z przestrogi ludzkiej szydzi, Zadał mi raz tym znaczniejszy, Czym-em już był bezpieczniejszy.

A rozum, który w swobodzie Umiał mówić o przygodzie, Dziś ledwe sam wie o sobie: Tak mię podparł w mej chorobie.

Czasem by się chciał poprawić, A mnie ciężkiej troski zbawić, Ale gdy siędzie na wadze, Żalu ruszyć nie ma władze.

Prózne to ludzkie wywody, Żeby szkodą nie zwać szkody; A kto się w nieszczęściu śmieje, Ja bych tak rzekł, że szaleje.

Kto zaś na płacz lekkość wkłada, Słyszę dobrze, co powiada; Lecz się tym żal nie hamuje, Owszem, więtszy przystępuje.

Bo, mając zranioną duszę, Rad i nierad płakać muszę, Co snać nie cześć, to ku szkodzie I zelżywość serce bodzie.

Lekarstwo to, prze Bóg żywy, Ciężkie na umysł troskliwy! Kto przyjaciel zdrowia mego, Wynajdzi co wolniejszego!

A ja zatym łzy niech leję, Bom stracił wszytkę nadzieję, By mię rozum miał ratować; Bóg sam mocen to hamować.

Tren XVIII

My, nieposłuszne, Panie, dzieci Twoje, W szczęśliwe czasy swoje Rzadko Cię wspominamy, Tylko rozkoszy zwykłych używamy.

Nie baczym, że to z Twej łaski nam płynie, A także prędko minie, Kiedy po nas wdzięczności Nie uznasz, Panie, za Twe życzliwości.

Miej nas na wodzy, niech nas nie rozpycha Doczesna rozkosz licha! Niechaj na Cię pomniemy Przynamniej w kaźni, gdy w łasce nie chcemy.

Ale ojcowskim nas karz obyczajem, Boć przed Twym gniewem stajem Tak, jako śnieg niszczeje, Kiedy mu slońce niebieskie dogrzeje.

Zgubisz nas prędko, wiekuisty Panie, Jesli nad nami stanie Twa ciężka boska ręka; Sama niełaska jest nam sroga męka.

Ale od wieku Twoja lutość słynie, A pierwej świat zaginie, Niż Ty wzgardzisz pokornym, Chocia był długo przeciw Tobie spornym.

Wielkie przed Tobą są występy moje, Lecz miłosierdzie Twoje Przewyssza wszytki złości. Użyj dziś, Panie, nade mną litości!

Tren XIX — ALBO SEN

Żałość moja długo w noc oczu mi nie dała Zamknąć i zemdlonego upokoić ciała ; Ledwie mię na godzinę przed świtaniem swymi Sen leniwy obłapił skrzydły czarnawymi. Natenczas mi się matka włamie ukazała, A na ręku Orszulę moję wdzięczną miała, Jaka więc po paciorek do mnie przychodziła, Skoro z swego posłania rano się ruszyła. Giezłeczko białe na niej, włoski pokręcone, Twarz rumiana, a oczy ku śmiechu skłonione. Patrzę, co dalej będzie, aż matka tak rzecze: „Śpisz, Janie? czy cię żałość twoja zwykła piecze?” Zatym-em ciężko westchnął i tak mi się zdało, Żem się ocknął. — A ona, pomilczawszy mało, Znowu mówić poczęła : „Twój nieutolony Płacz, synu mój, przywiódł mię w te tu wasze strony Z krain barzo dalekich, a łzy gorzkie twoje Przeszły aż i umarłych tajemne pokoje. Przyniosłam ci na ręku wdzięczną dziewkę twoją, Abyś ją mógł oglądać jeszcze, a tę swoją Serdeczną żałość ujął, która tak ujmuje Sił twoich i tak zdrowie nieznacznie twe psuje, Jako ogień suchy knot obraca w perzyny, Darmo nie upuszczając namniejszej godziny. Czyli nas już umarłe macie za stracone I którym już na wieki słońce jest zgaszone? A my, owszem, żywiemy żywot tym ważniejszy, Czym nad to grube ciało duch jest szlachetniejszy. Ziemia w ziemię się wraca, a duch, z nieba dany, Miałby zginąć ani na miejsca swe wezwany? O to się ty nie frasuj, a wierz niewątpliwie, Że twoja namilejsza Orszuleczka żywie. A tu więc takim ci się kształtem ukazała, Jakoby się śmiertelnym oczom poznać dała. Ale między anioły i duchy wiecznymi Jako wdzięczna jutrzenka świeci, a za swymi Rodzicami się modli, jako to umiała Z wami będąc. choć jeszcze słów nie domawiała. Jesliżeć też stąd roście żałość, że jej lata Pierwej są przyłomione, niżli tego świata Rozkoszy zażyć mogła? O biedne i płone Rozkoszy wasze, które tak są usadzone, Że w nich więcej frasunków i żałości więcej! Czego ty doznać możesz sam z siebie napręcej! Ucieszyłeś się kiedy z dziewki swej tak wiele, Żeby pociecha twoja i ono wesele Mogło porównać z twoim dzisiejszym kłopotem? Nie rzeczesz tego, widzę! Także trzymaj o tem, Jakoś doznał, ani się frasuj, że tak rana Twojej ze wszech namilszej dziewce śmierć zesłana! Nie od rozkoszyć poszła; poszłać od trudności, Od pracej, od frasunków, od łez, od żałośni, Czego świat ma tak wiele, że by też co było W tym doczesnym żywocie człowieczeństwu miło, Musi smak swój utracić prze wielkość przysady, A przynamniej prze bojaźń nieuchronnej zdrady. Czegóż płaczesz, prze Boga? Czegóż nie zażyła? Że sobie swym posagiem pana nie kupiła? Że przegróżek i cudzych fuków nie słuchała? Że boleści w rodzeniu dziatek nie uznała? Ani umie powiedzieć, czego jej troskliwa Matka doszła : co z więtszym utrapieniem bywa, Czy je rodzić, czy je grześć? — Takieć pospolicie Przysmaki wasze, czym wy sobie świat słodzicie! — W niebie szczere rozkoszy, a do tego wieczne, Od wszelakiej przekazy wolne i bezpieczne; Tu troski nie panują, tu pracej nie znają, Tu nieszczęście, tu miejsca przygody nie mają, Tu choroby nie najdzie, tu nie masz starości, Tu śmierć, łzami karmiona, nie ma już wolności. Żyjem wiek nieprzeżyty, wiecznej używamy Dobrej myśli, przyczyny wszytkich rzeczy znamy. Słońce nam zawżdy świeci, dzień nigdy nie schodzi Ani za sobą nocy niewidomej wodzi. Twórcę wszech rzeczy widziem w jego majestacie, Czego wy, w ciele będąc, prózno upatrzacie. Tu w czas obróć swe myśli, a chowaj się na te Nieodmienne, synu mój, rozkoszy bogate! Doznałeś, co świat umie i jego kochanie; Lepiej na czym ważniejszym zasadź swe staranie! Dziewka twoja dobry los, możesz wierzyć, wzięła, A własnie w swoich rzeczach sobie tak poczęta, Jako gdy kto, na morze nowo się puściwszy, A tam niebezpieczeństwo wielkie obaczywszy, Woli nazad do brzegu. Drudzy, co podali Żagle wiatrom, na ślepe skały powpadali; Ten mrozem zwyciężcny, ten od głodu zginął, Rzadki, co by do brzegu na desce przypłynął. Śmierci zniknąć nie mogła, by też dobrze była Onę dawną Sybillę wiekiem swym przeżyła. To, co mimo być potym, uprzedzić wolała; Tymże mniej tego świata niewczasów doznała, Drugie po swych namilszych rodzicach zostają I ciężkiego siroctwa, nędzne, doznawają. Wypchną drugą za męża leda jako z domu, A majętność zostanie, sam to Bóg wie komu. Biorą drugie i gwałtem, a biorą i swoi, Ale i w hordach część się wielka ich zostoi, Gdzie w niewoli pogańskiej i w służbie sromotnej Łzy swe piją czekając śmierci wszytkokrotnej. Tego twej wdzięcznej dziewce bać się już nie trzeba, Która w swych młodych leciech wzięta jest do nieba Żadnych frasunków tego świata nie doznawszy Ani grzechem dusze swej drogiej pomazawszy. Jej tedy rzeczy, synu — nie masz wątpliwości — Dobrze poszły, ani stąd używaj żałości! — Swoje szkody tak szacuj i omyłki swoje, Abyś nie przepamiętał, że baczenie twoje I stateczność jest droższa! W tę bądź przedsię panem, Jako się kolwiek czujesz w pociechy obranem. Człowiek urodziwszy się zasiadł w prawie takim, Że ma być jako celem przygodom wszelakim; Z tego trudno się zdzierać! Pocznimy, co chcemy, Jesli po dobrej woli nie pójdziem, musiemy, A co wszystkich jednako ciśnie, nie wiem, czemu Tobie ma być, synu mój, naciężej jednemu. Śmiertelna jako i ty twoja dziewka była; Póki jej zamierzony kres był, póty żyła. Krótko wprawdzie! ale w tym człowiek nic nie włada, A wyrzec też, co lepiej, niełacno przypada. Skryte są Pańskie sądy; co się Jemu zdało, Nalepiej, żeby się też i nam podobało. Łzy w tej mierze niepłatne; gdy raz dusza ciała Odbieży, prózno czekać, by się wrócić miała. Ale człowiek nie zda się praw szczęściu w tej mierze, Że szkody pospolicie tylko przed się bierze, A tego baczyć nie chce ani mieć w pamięci, Co mu też czasem padnie wedle jego chęci. Tać jest władza Fortuny, mój namilszy synie, Że nie tak uskarżać się, kiedy nam co zginie, Jako dziękować trzeba, że wżdam co zostało, Bo to wszytko nieszczęście w ręku swoich miało. A tak i ty, folgując prawu powszechnemu, Zagródź drogę do serca upadkowi swemu A w to patrzaj, co uszło ręki złej przygody; Zyskiem człowiek zwać musi, w czym nie popadł szkody Na koniec, w co się on koszt i ona utrata, W co się praca i twoje obróciły lata, Któreś ty niemal wszytkie strawił nad księgami, Mało się bawiąc świata tego zabawami? Teraz by owoc zbierać swojego szczepienia I ratować w zachwianiu mdłego przyrodzenia! Cieszyłeś przedtym insze w takiejże przygodzie: I będziesz w cudzej czulszy niżli w swojej szkodzie? Teraz, mistrzu, sam się lecz! Czas doktór każdemu, Ale kto pospolitym torem gardzi, temu Tak póznego lekarstwa czekać nie przystoi! Rozumem ma uprzedzić, co insze czas goi. A czas co ma za fortel? Dawniejsze świeżymi Przypadkami wybija, czasem weselszymi, Czasem też z tejże miary; co człowiek z baczeniem Pierwej, niż przyjdzie, widzi i takim myśleniem Przeszłych rzeczy nie wściąga, przyszłych upatruje I serce na oboję fortunę gotuje. Tego się, synu, trzymaj, a ludzkie przygody Ludzkie noś; jeden jest Pan smutku i nagrody.” Tu zniknęła. — Jam się też ocknął. — Aczciem prawie Niepewien, jeslim przez sen słuchał czy na jawie.

Teksty trenów pochodzą ze strony http://monika.univ.gda.pl/~literat/kochan/.